Spełnione marzenia

Siedzę przy chimerycznym płomieniu małej watry w Dzembroni. Gryzący dym mokrego drewna wciska się pod powieki, rozmywa twarze przyjaciół, otula mgłą grzbiet Czarnohory. Na zewnątrz powoli zapada zmierzch, jesteśmy zmęczeni. Wstaliśmy dziś o czwartej by dotrzeć na szczyt Popa Iwana. Mozolna wspinaczka w półtorametrowym śniegu, dwadzieścia stopni mrozu i śnieżna zamieć zacierająca nasze, jedyne tej zimy ludzkie ślady. Wędrówka wśród ciemnych chmur w milczeniu pełnym żalu o kaprys Natury, co w ciągu kwadransa zmienił błękit w burzowe cumulusy. I nagle, na dwieście metrów przed szczytem wiatr rozwiał na moment chmury. Na tle sinego nieba, zatopione w zaspach martwego śniegu zobaczyliśmy ruiny obserwatorium.
Biały Słoń Czarnohory.
Skuty w okowach brył lodu, niedostępny, odległy od ludzkich siedzib o siedem godzin mroźnego marszu i kilkadziesiąt lat zamkniętych granic. Dotarłem tu ze swoim obozem, widać dostałem przepustkę żertwy - smoczego strażnika tych gór. To najpiękniejszy prezent jaki kiedykolwiek otrzymałem na swoje urodziny. 20 lutego 1992 roku pod grzbietem Czarnohory skończyłem 24 lata.


To nie jest kronika ostatnich lat. Nawet nie będę usiłował być obiektywny. Spróbuję jedynie zachować wierność własnym wspomnieniom, tym którzy mnie wychowali na przewodnika, tym którzy wraz ze mną włóczyli się po krzalu i jarach i wreszcie tym, którym ja starałem się pokazać płaj do serca gór. Minęło osiem lat odkąd dostałem trójkątną blachę SKPB. Prawie siedemset spośród tych dni oddałem Kołu. Wciąż ma to dla mnie sens.

Co wyróżnia ostatnie lata? Jakie podjęliśmy kroki by odkryć nowy wymiar gór, poszerzyć zakres działalności Koła? Myślę, że dwa krótkie słowa dobrze charakteryzują ten okres: Ukraina i Bartne. Spełnione marzenia o czarnohorskim płaju oraz o domu w Beskidzie.

Wciąż mamy po kilkanaście tras na "Beskidzie Niskim" i "Połoninach", prowadzimy letnie wyprawy i obozy we wszystkich prawie dostępnych górach świata, lecz rok przełomu - 1989 sprawił, że stanęły przed nami otworem wyśnione, wyczekiwane od lat Wschodnie Beskidy. W rok później w dolinie Prutu, Czarnohorze i Gorganach zawitał nasz pierwszy regularny obóz wędrowny. Było nas zaledwie trzynaście osób. Podrobione domowym sposobem magiczne vouchery - przepustka do ukraińskiego raju, preparowana w pociągu tzw. lista graniczna, wyżebrane w urzędzie paszportowym dziwaczne pieczątki AB. I dziesięć kartonów pełnych żarcia na planowane trzy tygodnie. W ciągu tych dni poznaliśmy cerkwie Worochty, widoki z Howerli, odpust w Żabiem-Słupejce, ścieżki Gorganów... Zobaczyliśmy też niewiarygodną biedę dzisiejszych Hucułów, zniszczone kurorty Jaremcza i Tatarowa, podpiłowany krzyż na przełęczy Legionów, obciętą wieżę zamienionego na sklep kościółka w Rafajłowej. To było spełnienie marzeń i zarazem zderzenie z rzeczywistością kraju szukającego własnych korzeni, ludzi gwałtownie garnących się do naprędce pacykowanych ikonostasów w cerkwiach, gdzie jeszcze wczoraj był magazyn albo muzeum ateizmu. Chcieliśmy więcej.

Przyszedł czas zimowych wypraw na nartach śladowych. Chałupa w Jasieniowie wynajmowana na tydzień z opałem za trzy dolary. Zimowa jazda pod wałem Czarnohory odkrytą ciężarówką. (W kołchozie powiedzieli, że jeśli nie znajdą wahacza do zepsutego autobusu to dadzą coś w zastępstwie. I dali.) Na szczęście największy facet pojechał w szoferce. Po czterech godzinach zdejmował kolejno, plecaki i nas - podobnie sztywnych.

By dotrzeć do Hryniawy nie wystarczyło "skołować" ziła z kierowcą. Trzeba było jeszcze rąbnąć gdzieś w Ilci kanister benzyny. Najtańszy okazał się mechanik bazy transportowej. Dostaliśmy paliwo obsługi zaopatrzenia sklepów.

Obrazy w pamięci. Kolega zgięty wpół, złamany atakiem kolki nerkowej na dworcu w Żabiem. Rozpaczliwie szukam szpitala. Jest jeden na końcu osady bez choćby jednego lekarza. Przychodnia w centrum, dyżurny chirurg w fartuchu koloru górniczej kurtki po szychcie zaordynował wysłanie karetki. Kanciastą budę więźniarki ubarwia brak resorów. No i ten rów z nasypem dookoła przychodni, jakby wykopany na czas oblężenia. To tylko chwilowy brak wody w poradni, mówi siostrzyczka, w zeszłym tygodniu pękła nam rura. Więc na związanych powrozem noszach wnosimy Marka po równoważni ponad okopem. Wielka strzykawka z brudną cieczą koloru moczu, zakończona monstrualną igła wbija się w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Mikstura poskutkowała na tyle skutecznie, że Marek przeżył, a nawet w godzinę później sprawnym kopem otwierał tylne drzwi zatłoczonego autobusu...

W `91 roku na Ukrainie prowadziliśmy nadobowiązkowe, wschodniobeskidzkie przejście przewodnickie. Pojechało 24 uczestników, praktycznie cały kurs. Borżawa, Wschodnie Bieszczady, dolina Oporu i Tucholszczyzna, Truskawiec, Borysław, Lwów... Nigdy nie zapomnę tych ludzi z Riczki; gdy dowiedzieli się, że skupujemy stare "rusznyky", zdobione ręcznym haftem "soroczky", powywlekali z szaf, ze skrzyń, ze strychów całe naręcza płóciennych szmatek. Szliśmy powoli drogą zbierając z płotów porozwieszane co starsze okazy. Za kilka dolarów wypchałem do granic pojemności osiemdziesięciosześcio litrowy plecak z kominem...

Wieczorne ognisko w pobliżu skał Urycza. Ruiny zamku Tustań widoczne w blasku ognia. O świcie mamy wejść do Drohobycza. Ignac zagrał "Balladę o życiu i śmierci Brunona Schulza", a Piotrek przeczytał na głos "Sklepy cynamonowe". Któż wie czy nie spotkaliśmy wtedy Uduli, która odchodzi w noc spod drohobyckiej fary, dorożki i magicznego konia? Nawet dziś gdy zamknę oczy widzę ich cienie przemykające dzielnicą Salin.

Jazda pociągiem z Sianek na przełęcz Użocką. Ta linia kolejowa tak pięknie i malowniczo oddana w opisie Orłowicza sprzed blisko stu lat. Wypatrywana latami zza krzaka w bieszczadzkim Worku, zza grobu Hrabiny. I teraz jesteśmy w Siankach. Zeszliśmy tu z grzbietu pięć minut temu. Wystarczająco długo by zabrać nam paszporty i zastosować areszt domowy. Mamy swobodę w poruszaniu się jedynie w obrębie dworca. Stacyjna jadłodajnia, tłumek kołchoźników przy ladzie, zza którą ślamazarnie porusza się brudna kucharka. Na pytanie - co dzisiaj szefowo? - otrzymujemy standardową odpowiedź - sup i wtoroje . Spodziewam się najgorszego i rzeczywiście nadchodzi. Nasza nieunikniona, choć dobrowolna zabawa w granat aplikowana w każdym miejscu i o każdej porze doby, zwłaszcza gdy sytuacja temu nie sprzyja. Na hasło rzucone przez Pawła dwadzieścia osób z rumorem wali się na podłogę. Przewraca się stolik, spadają jakieś talerze. No pięknie myślę, k... pięknie, pewnie nas deportują. Nic bardziej mylnego. Za obietnicę przysłania zaproszenia dla żony komendanta (jemu nie wolno) na bazar do Przemyśla naczelnik zwraca nam paszporty, fundując groszowe bilety na przełęcz. Jedziemy stalową serpentyną przez Kińczyk Bukowski, przez dwa tunele i estakadę. Jesteśmy wolni...

Nasz pierwszy długi pobyt we Lwowie. Piętro kamienicy na rynku wynajęte za parę groszy twardej waluty. Cmentarz Łyczakowski, kwatera Orląt, Wysoki Zamek... Nocny spacer po mieście, przejazd ostatnim tramwajem z Parku Stryjskiego na rynek. To dziwne drżenie głosu i rąk pokazujących zabytki miasta, w którym nie miałem przecież własnych przodków.

Spotkanie w domu polskiej rodziny. Trochę ściszone głosy; jest przecież dopiero `90 rok. Spirytus pity wraz z herbacianą esencją w kieliszkach z dwudziestolecia. Zmiana nastroju. Próba powrotu do Polski. Dwie doby koczowania na dworcu, bilety kupione na autobus, którego nie było, wymiana dolarów "na rukach" u żula z żiguli. Desperacki plan wejścia na siłę do pociągu relacji Czerniowce - Przemyśl. Byle dostać się do granicy, przecież nas nie wysadzą? Myliłem się. Konduktor zatrzymał pociąg tuż przed strażnicą. Wezwał milicję, a ci nas szybko i dość brutalnie wysadzili. Powrót podmiejską kolejką do Lwowa. Znów doba spędzona na dworcu. Autobus-widmo, bez tablic kierunkowych i bez biletów. Forsa zbierana od pasażerów w lesie, za miastem. To wszystko nie wróci. Na szczęście? Niestety?

Potem na Ukrainie odbyło się jeszcze kilkadziesiąt obozów, autokarówek i wypraw. Dla członków Koła i dla znajomych króliczka, dla ludzi ze środowiska i z ogłoszenia. Myślę, że nie ma już szczytu we Wschodnich Beskidach, na którym nie stanąłby wibram eskapebola. Dziś prowadzimy tam regularne obozy, na przyzwoitych, legalnych papierach. Bierzemy trochę mniej żarcia i dużo, dużo więcej forsy. Te góry wciąż dają nam satysfakcję, relaks, emocje. Coś jednak minęło bezpowrotnie, gdzieś odszedł czas pierwszych od przeszło pięćdziesięciu lat polskich wypraw w Gorgany i Czarnohorę. Cieszę się, że właśnie nam dane było na nowo odkrywać Wschodnie Karpaty.


* * *
To było wczesny, zimowy wieczór. Słońce stało już nisko nad horyzontem, skrzący kryształkami lodu biały śnieg odbijał ostatnie promienie światła. Zjeżdżaliśmy na śladówkach zalesionymi zboczami Mareszki i Magurycza, mignął w przelocie czerwony szlak. Pod nami widniało Bartne. Czterdzieści kilka domostw, kamienista, zlodzona droga, uśpione cerkwie i gwarny wieczorną łemkowską biesiadą sklep.

Pokryte grubą warstwą szronu drzewa skrywały wieś i tylko jedną chyżę widać było wyraźnie na wyniesieniu drogi. Słomiany dach poszarpał dawno wiatr i poprzez dziury w kiczkach na strych sypał się śnieg. Ceglany komin chylił się przed Magurą, a popękane szyby mróz ozdobił galerią błyszczących śnieżynek. Ten obraz w dole fascynował i uspokajał zarazem.

Zakochaliśmy się w tej chatce, z wzajemnością i od pierwszego wejrzenia. Zanim ruszyłem dalej ku drodze wiedziałem już, że zdobędziemy dla Koła tę chyżę. Za każdą cenę.

Kiedy dziś patrzę na stare zdjęcia uderza mnie jak wiele się w Bartnem zmieniło. Mamy odarte z pięciu warstw brudnego wapna ściany, własne mebelki, ceglany piec i kominek. Udało się zmienić dach i dobudować altanę z ogromnym stołem, wykopać dół na śmieci, oczyścić piwniczkę i strych, wymienić szczyt i zaropować belki. Myślę, że nade wszystko tchnęliśmy nowe życie w tę chatkę. Przekazaliśmy jej własny entuzjazm i ciepło, nim ona zaczęła ogrzewać goszczących w niej ludzi.
Nigdy nie chciałem pisać sztywnego regulaminu życia w Bartnem. Na ścianie zawisł Kołowy plakat z napisem: To jest NASZ WSPÓLNY DOM. Traktujmy go jak własny.

Dla tęskniących, spragnionych ciepła, samotnych, wątpiących i zagubionych stało się Bartne symbolem Domu o jakim marzyli, oazą spokoju i zrozumienia. Spędziłem tam ponad sto dni i wciąż wierzę w ten mit.
Legendę chatki stworzyło miejsce, czas, a nade wszystko ludzie. Chcę tutaj wymienić tych kilka nazwisk, bez których nie zaistniałoby Bartne. Nazwiska moich przyjaciół, którzy bezinteresownie poświęcili po kilkadziesiąt dni własnego życia wtedy, gdy było najtrudniej, kiedy nie było jeszcze nic. Aneta Smolarz, Danka Życzyńska (Mareszka), Ignac Gajo, Krzysio Dźwigała, Paweł Trochimiuk, Marek Kalupa, Agnieszka Respondek...

Ludzie, zdarzenia; garść wspomnień z tych pierwszych miesięcy i lat.
Niesiemy przez wieś trzy rolki aluminiowej papy. Pod sklep zajechał autobus, kierowca otworzył bagażnik i każdy z nas wrzucił sobie ważącą czterdzieści kilo belę na zgięte karczycho. Posuwamy się wolno ku górze. Robimy przerwę co dwieście metrów, potem co sto, pięćdziesiąt, wreszcie co dziesięć. Wydaje się, że nikt nas nie widzi, że nie chce zauważyć. Wieś czeka co dalej, jak sobie poradzimy, poddaje nas próbie. Po trzech godzinach doszliśmy, udało się załatać co większe dziury na dachu. Wieczorem odwiedza nas sąsiad. Potem drugi, trzeci, kolejny. Czternastu gospodarzy z Bartnego tego samego dnia proponowało nam traktor, wózek, samochód, piłę, drewno i wszelką inną pomoc. Przez parę tygodni zdawaliśmy ten egzamin pracując dwanaście godzin na dachu, kopiąc doły, tnąc deski, malując ściany. Teraz jesteśmy tam swoi. Już nigdy więcej nie zdarzyło mi się samotnie nieść w Bartnem worka czy ławy dłużej niż dwieście metrów, by nie dogonił mnie Łemko ofiarowując pomoc.

We wsi uznano nas za specjalistów od wszelkich prac remontowych, stolarskich, a nawet... kamieniarskich. Pracowaliśmy z Markiem na dachu kiedy podeszła stareńka babcia pytając czy nie zrobilibyśmy jej i zmarłemu niedawno mężowi lastrykowego pomnika na wiejskim cmentarzu. Miała do dyspozycji piasek, cement i tłuczeń. Grób miał być polerowany i ślicznie świecić gasząc swym blaskiem kamienne bartniańskie świątki. Babcia umarła nim zdążyliśmy skończyć nasz remont i grób postawiła jej rodzina. Kto wie czy nie wznosilibyśmy dziś na Łemkowszczyźnie wciąż nowych pomników zasypywani zamówieniami?

Wrośliśmy w społeczność Bartnego. Żyliśmy jej łemkowskim życiem. Zapraszaliśmy do nas i sami byliśmy goszczeni. W wiejskiej świetlicy urządziliśmy wraz z "Werchowyną" koncert i potańcówkę. Niezwykle przejmujące były łzy starych ludzi, płaczących kiedy młodzi Polacy śpiewali w ich języku o ziemi, z której ich wysiedlono, do której tak trudno było powrócić...

Życie Bartnego nie składa się z samych radosnych dni. Z powodu sąsiedzkich waśni przyszło nam składać zeznania w gorlickim sądzie. Choć sprawa została odroczona, nasze zasługi zostały uhonorowane suto zakrapianym przyjęciem na poczet spodziewanego zwycięstwa.

Nasza chatka przez jakiś czas miała swą własną, satelitarną telewizję. Do słomianego dachu przymocowana była stara, skorodowana miednica sklepana w kształcie anteny z napisem TV Sat Bartne. Szkolne wycieczki robiły sobie pod nią obowiązkowo strażackie zdjęcia.

Kołowa chyża stała się także na wakacyjne miesiące domem rodzinnym dla małej Natalki - przedstawicielki nowego pokolenia bartniańskich eskapeboli. Natka, jako jedyne niemowlę we wsi wzbudzała powszechne zainteresowanie przez całe lato. Zabieraliśmy dzieciątko na nabożeństwo do cerkwi, a w drodze powrotnej towarzyszyło nam stadko doradzających w sprawach opieki nad niemowlakiem pań. Z chlipiącą Natalką na ręku udało mi się wyżebrać darmowy transport drewna na zimę.

Wspomnienia z tych pięciu lat można by mnożyć w nieskończoność. O wielu wesołych i smutnych, ważkich i błahych wydarzeniach z życia Koła i chatki można przeczytać w bartniańskiej kronice. Może wybrane przeze mnie zapiski moich przyjaciół lepiej oddadzą swoisty klimat Bartnego. Jako pełniący szóstą kadencję pełnomocnik Koła do spraw chatki zapraszam wszystkich eskapeboli, by będąc w Beskidzie Niskim choćby na chwilę odwiedzili Bartne 40. To jest NASZ WSPÓLNY DOM.