O strażnicy w Jasielu raz jeszcze

Każdy, kto kiedykolwiek starał się zebrać trochę wiadomości o napotkanej podczas wędrówki wiosce wie, na jakie trudności można się natknąć. Brak źródeł pisanych, zniszczone budynki, ale chyba przede wszystkim brak bezpośrednich świadków tamtych czasów sprawia, że trudno odtworzyć nawet niezbyt odległe zdarzenia. Jedną z takich spraw jest tragicznie zakończona próba ewakuacji strażnicy WOP-u w Jasielu pod koniec marca 1946 roku.

Przypomnijmy okoliczności, jakie temu towarzyszyły. Do października 1945 roku granicę w Beskidzie Niskim i Bieszczadach ochraniały wyłącznie jednostki frontowe ? 3 pułki z 8 DP rozmieszczone w Gorlicach, Komańczy i Wetlinie. W miarę tworzenia jednostek WOP przejmowały, one bezpośrednią rolę ochrony granicy, pozostawiając KBW i wojsku działania interwencyjne w głębi obszaru przygranicznego ("grupy manewrowe"). Na pozostających jeszcze w fazie organizacyjnej, słabo uzbrojonych i źle wyposażonych strażnicach skupiły, się ataki UPA, unikającej potyczek z większymi oddziałami wojska. Na przełomie 1945 i 1946 roku upowcy zaczęli regularnie nękać napadami strażnice ? od Wetliny aż po Jaśliska, odcinając najpierw łączność i komunikację. Na "pierwszy ogień" poszła placówka na wzgórzu "Betlejemka" w Cisnęj. W nocy z 11 na 12 stycznia 1946 r. sotnie UPA w sile ok. 600 ludzi zaatakowały wioskę, paląc zabudowania i mordując ludzi. Załoga strażnicy odpierała ataki i dotrwała do świtu. Jako ciekawostkę można podać fakt, że duże usługi obrońcom oddało działko "zorganizowane" z radzieckiego transportu. Upowcy, idący falami do ataku, mieli przywiązany na plecach kabel telefoniczny, aby można było wyciągać rannych i zabitych z pola ostrzału, unikając dekonspiracji. Pomimo udanej obrony, załoga musiała się wycofać do Baligrodu z powodu wyczerpania amunicji. Dopiero interwencja grupy manewrowej KBW pozwoliła zapanować nad sytuacją.

W połowie marca 1946 r. wobec ponawianych ataków dobrze uzbrojonych oddziałów UPA (karabiny maszynowe, nawet moździerze), sytuacja oddalonych strażnic WOP w Jasielu, Radoszycach, Łupkowie i Woli Michowej stała się krytyczna. 17 marca dowódca strażnicy w Jasielu chor. Papierzański zwrócił się do dowódcy komendy odcinka mjra Frołowa z prośbą o zezwolenie na wycofanie załogi do Komańczy. 18 marca zastępca Frołowa ds. politycznych por. Gierasik, przebywający na inspekcji w Komańczy, utworzył grupę bojową złożoną z żołnierzy odkomenderowanych ze strażnic w Komańczy, Radoszycach, Łupkowie i Woli Michowej. 19 marca grupa ta, złożona z 68 żołnierzy, w tym 6 oficerów, dotarła bez przeszkód do Jasiela. Po załadowaniu sprzętu strażnicy na wozy zdecydowano, że ze względu na zapadające ciemności wymarsz nastąpi dopiero następnego dnia rano. Żołnierzy zakwaterowano we wsi, rozstawiono ubezpieczenia. 20 marca o 7.30 rano ruszyły tabory. Trasa ewakuacji miała prowadzić z Jasiela do Moszczańca, a następnie przez Wisłok, Czystohorb do Komańczy. Jeszcze w granicach wsi kolumna została ostrzelana silnym ogniem moździerzy i broni maszynowej ze stoków wzgórz okalających wioskę. Żołnierze zajęli pozycje obronne w zabudowaniach, dysponowali jednak tylko dwoma moździerzami 50 mm, 6 erkaemami oraz pistoletami maszynowymi i kb. Kilkakrotnie powtarzane ataki striłciw powodowały szybkie zużycie amunicji. Po dwóch godzinach obrona ustała wobec zużycia amunicji i granatów i rozbicia ugrupowania na niewielkie odizolowane grupki. Banderowcy wzięli do niewoli. 94 żołnierzy, ? w tym 6 oficerów i 4 milicjantów. Dwóch żołnierzy poległo (dokładnie nie wiadomo w jaki sposób ? prawdopodobnie jeszcze w czasie pełnienia roli ubezpieczeń), kilkunastu było rannych. Jeńcom skrępowano ręce drutem telefonicznym i popędzono do lasu w kierunku Moszczańca. Tam upowcy zdarli z nich płaszcze i przeprowadzili wstępne przesłuchania. Następnie oddzielono szeregowców od oficerów i milicjantów. Szeregowców odprowadzono pod eskortą do Wisłoka Górnego, oficerów i milicjantów rozstrzelano nad wykopanymi w pobliżu dołami. Zginęło w ten sposób 5 oficerów. Szósty jeszcze przed pójściem do niewoli zrzucił dystynkcje oficerskie i jako szeregowiec został odprowadzony do Wisłoka.

Po zbadaniu dokumentów zdobytych w strażnicy podzielono zamkniętych w stodole w Wisłoku szeregowców na dwie grupy: w  ? pierwszej znalazło się 13 podoficerów i szczególnie wyróżniających się w zwalczaniu UPA żołnierzy, w drugiej ci, w których papierach nic obciążającego nie znaleziono.

Pierwszych pod eskortą 15 striłciw odprowadzono do lasu na wzgórze leżące kilka kilometrów ? od Wisłoka Górnego. Stanęli nad świeżo wykopanym dołem, częściowo zasypanym ziemią. Był to grób poprzednio rozstrzelanych oficerów. Upowcy zdarli z żołnierzy mundury i buty i zaczęli wyczytywać z listy nazwiska. W pierwszej kolejności rozstrzelali kpr. Ławrynowicza, drugim miał być szer. Paweł Sudnik. Wykorzystując chwilę nieuwagi eskorty skoczył w las. Uciekał przed pościgiem i kulami mimo postrzału w łydkę i ucho. Po przebiegnięciu kilku kilometrów dotarł na skraj lasu w pobliże wioski. Napotkane dzieci zaprowadziły go do jednego z polskich gospodarzy, który zaopiekował się nim, a następnie odwiózł do Bukowska.
Po trzech miesiącach, po śledztwie w sprawie tej tragedii (Pawła Sudnika podejrzewano, że uratował życie w zamian za współpracę z UPA), ekshumowano z zamaskowanego grobu zwłoki żołnierzy i przewieziono je na cmentarz w Zagórzu.

Paweł Sudnik był jednym z dwóch żołnierzy uratowanych w tej akcji. Oficer, który podał się za szeregowca, schował się w sianie na strychu chałupy w której był przetrzymywany, a po odejściu banderowców przedostał się na Słowację.

Wydarzenia te przedstawiamy na podstawie rozmowy (listopad 1988) z pułkownikiem Mieczysławem Nykiem oraz jego broszury "Szlakiem walk żołnierzy WOP-u". Pozostało jednak wiele pytań i rozbieżności. Podstawowymi źródłami byłyby relacje Sudnika i wspomnianego oficera, którego nazwiska nie znamy. Niestety, człowiek ten niedawno zmarł, Sudnikowi natomiast nie dopisuje pamięć. Natomiast źródła pośrednie podają różne wersje: J.Melnik w "Połoninach '80": "Ginie 24 żołnierzy, z 79 wziętych do niewoli większość wymordowano"; W.Krygowski: "35 oficerów i żołnierzy zamordowano w bestialski sposób"; A.Bata w "Bieszczadach w ogniu" wymienia 58 żołnierzy, z których kilku ocalało; W.Grzesik i T.Traczyk w przewodniku "Od Komańczy do Krempnej" podają, że zginęło 24 żołnierzy, pozostałych 79 uprowadzono, z tego 20 zwolniono, resztę rozstrzelano; na pomniczku w Woli Niżnej wymienionych jest bodaj 51 żołnierzy; książka Joanny Zborowskiej "Z dziejów kształtowania się władzy ludowej i życia społeczno-politycznego na Podkarpaciu. Wybór źródeł" w przedmowie podaje 24 zamordowanych.

Na poparcie swojej wersji płk. Nyk przytoczył następujące wyjaśnienie: żołnierze byli zebrani z różnych strażnic, po 40 latach być może nie wszystkie nazwiska udało się ustalić, tym bardziej że inicjatorzy budowy pomnika korzystali z pośrednich relacji wopistów, którzy w tym czasie służyli w WOP w tamtych okolicach.

Drugim ważnym pytaniem jest miejsce (miejsca?) kaźni oficerów i szeregowców (być może podzielono ich na kilka grup), co wiąże się z następnym pytaniem o trasę ucieczki Sudnika. Właściwie między dwoma pewnymi miejscami, tj. Jasielem i Bukowskiem rozciąga się biała plama. Nie jest także pewne miejsce ostatecznego spoczynku żołnierzy z Jasiela (cmentarz w Zagórzu czy Tarnawie?).

Jeszcze w latach osiemdziesiątych były w pobliżu nowej strażnicy groby żołnierskie (leżały na nich hełmy), prawdopodobnie pochodzące z lat późniejszych. Zostały przeniesione ? nie wiadomo dokąd.

Mamy nadzieję, że kiedyś zostaną ujawnione dokumenty, które wyjaśnią te zagadki.

 

artykuł został pierwotnie opublikowany w wydawnictwie SKPB - "Magury 1989", Warszawa 1989